|
Kiełbaski, browarek, ognicho!
Tak przyjemna wizja wypadu do lasu zmienia się w koszmar na miejscu. Z nieba woda leje się jak szalona, Zapalniczki przemokły a w okolicy nie ma nawet suchego liścia. Dodatkowo te sieroty z obozu B prują do nas już trzecią godzinę. Że im się chce? Przecież też powinni być w takiej samej sytuacji jak my... A jednak nie są. Zwiad informuje, że mają gorące kiełbaski a przed chwilą wypili kawę. Jak oni to robią? Klniesz pod nosem. Mają ogrzewacze chemiczne? Kuchenkę polową w szałasie? Otóż, nie koniecznie.
Przenieśmy się na chwilę do obozu B. Tam Survivalowy Marian przewidział ewentualność deszczu. Nie wziął zapalniczki a specjalnie zabezpieczone zapałki - łebki zamoczył w parafinie a całe pudełko włożył do plastikowego woreczka. - Nawet gdybym nie miał tak przygotowanych zapałek - wykłada Marian Zenonowi - wystarczy kawałek suchego dżinsu. Pocierasz o niego delikatnie, zawilgoconym łebkiem zapałki. Po paru minutach siarka będzie sucha jak pieprz. Zawsze można wziąć też zapalniczkę benzynową. Jak jest dobrej klasy to nawet wyciągnięta z rzeki będzie działać... W tak ekstremalnych warunkach rozpalania ogniska, nasze środki także muszą być ekstremalne. Po pierwsze genialny wynalazek jakim jest kora brzozy. Można wyjąć ją z bagna a ona i tak będzie się palić. Tyle że jeśli jest to martwe od dłuższego czasu drzewo to jego kora traci właściwości. Staramy się znaleźć więc żywą brzozę. W naszym klimacie jest ich pełno, w dodatku trudno pomylić z czymś innym to "białe drzewo". Zbieramy więc porządną garść (tylko nie okorować wszystkich brzóz w okolicy). Żeby zapaliło się mokre drewno potrzebny jest żar. Skąd go wziąć? Proste. Zbieramy martwe gałązki, ale nie takie leżące na ziemi, lecz trzymające się jeszcze na drzewie. Nawet jeśli są mokre to nic. Wilgoć nie przeszła do środka. Łatwo się rozpalą. Tych gałązek musimy uzbierać dużo. Tak żeby wytworzyły trochę żaru. Oczywiście z czasem możemy dokładać grubszych, zbieranych tą samą metodą. Jeżeli pada lub jest naprawdę mokro to nie robimy ogniska na ziemi. Układamy sobie podniesienie w postaci - jeśli zajdzie taka potrzeba - kilku warstw grubszych gałęzi. Dopiero na tym układamy właściwe ognisko. I to już praktycznie tyle filozofii. Może jeszcze to, że mokrego drewna dokłada się częściej niż suchego. Tak żeby nim to pierwsze się dopali, następne zdążyło wyschnąć. Skoro już wiemy jak rozpalić i utrzymać ogień. Zastanówmy się jak zamaskować ognisko. Przecież nie przemalujemy ognia na khaki a jak przykryjemy ghillie to dopiero będzie wesoło. Otóż nie jest to wcale takie trudne. Najlepszą metodą jest rozpalenie ogniska w dołku. Kopiemy dwa dołki obok siebie i łączymy je pod spodem. W ten sposób powstanie tunel dla powietrza.
Ciekawym elementem jest ten kamień. Kamień nagrzewa się i długo trzyma temperaturę. Jest więc nie rzucającym się w oczy przedłużeniem ogniska. Ważna jeszcze dla maskowania ognia jest jeszcze lokalizacja naszego dołka. O tuż jeśli palimy ognisko w dzień najlepiej jest dołek umieścić pod jakimś drzewem (najlepiej liściastym) Tak aby dym "rozbijał się" przechodząc przez gałęzie. Jeśli jednak palimy takie ognisko w nocy, kiedy nie widać dymu, staramy się jak najbardziej unikać drzew. Światło odbijające się od korony może zdawać się nikłe, ale jest widoczne ze sporej odległości. (Wiem że znaczna większość ekipy już o tym wszystkim wiedziała, ale to nieodłączny element survivalu)
|